klej-do-kapci blog

Twój nowy blog

Parę dni temu DJ wziął udział w
Międzygalaktycznych Mistrzostwach w Kumite. W 

ostatecznym rozrachunku obyło się niestety bez miejsca
na podium, ale walczył 

pięknie i do końca. A poza tym miejsce na podium to
komercha. Zaś ostatni i tak będą pierwszymi… 

Zacznijmy jednak od początku. 

W przeddzień zawodów DJ pozyskał imię
oraz nazwisko swojego pierwszego 

przeciwnika (roboczo nazwijmy go tu Janek Wiśniewski)
i postanowił go wyguglować 

w celu stworzenia sobie szkicu psychologicznego
rywala, tudzież opracowania 

odpowiedniej strategii. 

Niestety, zgodnie z naszymi przypuszczeniami, facebook
wyrzucił nam siedemnaście 

tysięcy osiemset dziewięćdziesięciu czterech Janków
Wiśniewskich. Co nas zmusiło 

do przesiewu oraz uznaniowej eliminacji co poniektórych
osobników. 

Ha, po przesiewie nadal mieliśmy dobrych parę tysięcy
Janków Wiśniewskich, zasadniczo pasujących
 do profilu młodzieńca, który
teoretycznie mógłby nazajutrz 
stanąć na macie naprzeciwko  DJ-a.  

A oto niektóre dialogi towarzyszące
poszukiwaniom Janka:

- Tato, patrz na tego. Ale słoń. Jaki ryj
mordercy… Ja nie jadę.

- Czekaj, tu jest napisane, że pracuje w PZU.
- Ufff.

- Ja pierdzielę, to na pewno ten. Ale kafar… To
jakiś kark.

- Ale napisane, że ze Szczecina. A ten twój skąd?
- Z Poznania. Ufff.

- Nie, no, to na pewno ten. To jakiś łysy… Mam w
dupie, nie startuję.

- Ale napisał, że student Akademii Rolniczej.
- Dobra, to nie ten.

I tak dalej.

Po wielogodzinnych poszukiwaniach trafiliśmy na ślad
właściwego Janka 

Wiśniewskiego oraz jego sekcji. Z zamieszczonych w
sieci internetowej protokołów 

wynikało, że w ostatnich czterech turniejach Janek nie
zdobył żadnego medalu, 

który to fakt zdecydowanie podbudował DJ-a.

Tyle że – jak się okazało następnego
poranka – Janek na turniej nie dotarł.

I całe nasze śledztwo na nic…

Ale to jeszcze nie koniec…

DJ-owi bardzo zależało, aby jego dobry duch (czyli mła) kibicował mu
na 
zawodach, toteż z wielką pieczołowitością wyszukał dla mnie w sieci
internetowej 
zestaw najdogodniejszych połączeń do miejscowości Wrocław, gdzie się
miały 
odbywać Igrzyska. 

Chciałem co prawda wyręczyć go w tych poszukiwaniach, ale DJ z lekka się
obraził 
i spytał, czy aż tak bardzo mu nie ufam. 

- Aż tak bardzo to nie – pomyślałem i, zanotowawszy otrzymane namiary, 
zapomniałem o sprawie.
Następnego ranka, czyli w dniu zawodów, atmosfera była napięta jak
baranie 
wiadomo-co, toteż nie było czasu na sprawdzanie otrzymanych od DJ-a
informacji. 
Tedy, bez sprawdzania pognałem na dworzec autobusowy, by się wbić na 7:27
do 
Wrocławia.


Niestety, na miejscu okazało się, że nie ma takiego
kursu.

Ale uprzejma kobiecinka napotkana w pobliżu rozkładu,
powiedziała mi, że 

przypadkiem wie, iż jest taki pociąg regionalny, który
odjeżdża o 7:27. 

- Co za zbieżność – pomyślałem i wydarłem na dworzec
PKP.

Pociąg na mnie nie zaczekał.
Ale z peronu drugiego odjeżdżał właśnie towarowy do
Legnicy.

- Nic to – pomyślałem. – W Legnicy złapię jakieś
połączenie na Wrocław.

To pojechałem.

Nie było już jednak tego ranka w legnickim rozkładzie żadnego połączenia na
Wrocław
Ale na czwartym stał akurat pociąg powrotny do
BC.
Uległem. Pokusa była zbyt silna. O jedenastej z minutami dotarłem do punktu wyjścia.

Piękna wycieczka.
I piękne zawody.

Ale od dzisiaj to ja sprawdzam rozkład.


… w związku z czem nalezy się spodziewać relacji.
Niebawem.
Promise.
Daddy
Piękną gitarę mi właśnie sprzątnęli sprzed nosa.

Szkoda wielka.

A już miałem kupca na nerkę.
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
Historia naszego romansu ze Slayerem jest długa i barwna, nieprawdaż. Ale zacznijmy od końca. Na miejsce zbiórki przybyliśmy dwie godziny przed czasem. Mieliśmy być wcześniej, ale wystąpiły pewne perturbacje natury technicznej. A mianowicie na moście Cambie zerwał mnie się łańcuch od ścigacza. W związku z czym, w pierwszej kolejności zmuszeni byliśmy udać się do sklepiczku sieci Reckles, gdzie nabyliśmy nowy łańcuch i, założywszy go na właściwe miejsce, pomknęliśmy dalej… 

Na Granville zastaliśmy już pokaźną kolejkę najdzikszych fanów, którzy w oczekiwaniu na Kerry’ego śpiewali, krzyczeli, growlowali i w ogóle dawali upust swojemu szczęściu oraz podniosłemu nastrojowi. Niebawem i my przyłączyliśmy się do wesołej gromadki. Przyznać w tym miejscu muszę (nie bez satysfakcji), że przypadkiem zyskałem niezwykły szacunek ludzi ulicy oraz respekt na dzielni. A było to tak, że po zjedzeniu slajsa pizzy i wypiciu puszki kokakoli udało mi się wybekać donośne Slaaaaaaaaaaaaaaayeeeeeeeeeeeeeer, czym się nadzwyczaj pięknie wkomponowałem w ogólną atmosferę i estetykę zgromadzenia.

A potem to już przyjechał Kerry, więc niespiesznie zaczęto nas czwórkami dopuszczać przed jego marsowe oblicze. Bardzo fajny koleś, spokojny, stonowany i grzeczny. Podpisywał wszystko, co mu tylko do podpisania podstawiano, czyli płyty, gitary, plakaty, kostki, plecy, klaty, tudzież inne części ciała. Ponadto, można było sobie wedle uznania zrobić z Kerrym jakiś krótki program artystyczny, czyli żółwika, albo uścisk na misia, albo wspólnego szatana, albo wspólne wypiąstkowanie. Koncert życzeń.

A oto zapis kilku najcenniejszych sekund ze spotkania na szczycie, które to magiczne chwile szczęśliwie udało mi się zatrzymać na kliszy:

Teraz z kolei pozwolę sobie sięgnąć do rodzinnych annałów, gdzie swego czasu, z myślą o potomności pomieszczałem rozmaite zapisy o charakterze kronikarsko – historycznym. Jadziem:

9 lipca 2005
Prawda w oczy

- Co sobie kupiłeś na urodziny? – zainteresował się Bazylek, gdy powróciłem z Doliny, gdzie mieści się miły sklepiczek o nazwie Müller (czyli Killer w wersji Bazylkowej).
- Kupiłem sobie DVD Still Reigning zespołu Slayer – odparłem zgodnie z faktami.
- Pooglądamy? – spytał Bazyliszek.

No więc poogladaliśmy. 
Bazylek patrzył na ekran z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Ożywił się dopiero pod koniec półgodzinnego koncertu, kiedy to na muzyków polała się z sufitu czerwona farba.
- Jaaaa. Ale gleba – powiedział Bazylek. – Jak można robić taką tandetę? Tak świetnie czadowali i na koniec taki zbeszt. Przecież wyglądają, jakby wpadli do pomidorówki. Sorry, tato, ale stracili w moich oczach i uważam ich za skończonych wieśniaków.

- A więc może porozmawiamy o twoich fascynacjach muzycznych – odbiłem piłeczkę. – Bo ja nie wiedziałem, gdzie oczy podziać, gdy w killerze płaciłem za twój singiel Danzela. Mówić dalej? – spytałem prowokacyjnie.
- Mówić – buńczucznie odparł Bazylek.
- A więc kto słucha Crazy Frog? Kto słucha Akona? Kto mi kazał szukać w sklepie jakiegoś Arasha? 
- Co? – zdziwił się Bazylek. – Bardzo fajna muza. Nie taki obciach, jak ci w pomidorówce…

Trzymajcie mnie. 




1 sierpnia 2005
Raining Blood

- Zrobisz mi raining blood, tato? – spytał Bazylek wieczorową porą. – Strasznie jest gorąco.

Ależ oczywiście. Z przyjemnością. Zabawa w raining blood polega na tym, że Bazyliszek wchodzi do kabiny prysznicowej, kuca i czeka. Ja natomiast wydaję z siebie serię rozmaitych warkotów i jęków, po czym, w kulminacyjnym momencie charczę: raining blood from a lacerated sky, bleeding its horror, creating my structure, now I shall reign in blood…  

I wtedy kieruję na moje dzieciątko prysznicową strugę, starając się nalać wodę do Bazylkowego nosa, ust, uszu oraz oczu. Bazylek broni się, śmieje i prycha. Ja zaś warkoczę i jęczę coraz bardziej.  
W finale następuje solo perkusyjne na dwie stopy, Bazylek wyczołguje się z brodziku na zalaną podłogę, a techniczny rzuca mu ręcznik.  
Koniec koncertu.  
Światła.  
Kurtyna. 
Pyszna zabawa.



11 sierpnia 2006

Uznanie na Śląsku

Przed wyjazdem do Karwi, Bazylek zostawił mi kilka poleceń służbowych oraz zleceń o charakterze pilnym. Jednym z nich było zdobycie biletów na Tu Es Petrus. Bo z końcem sierpnia będzie tu stadionowe wykonanie. 

Polecenie prawie wykonałem, a ponieważ ceny biletów trochę mnie zaniepokoiły, zadzwoniłem do Bazylka w celu społecznej konsultacji.
- Są bilety na koronie stadionu po trzydzieści pięć – zacząłem swoje sprawozdanie. – Z boku sceny po sześćdziesiąt i po stówie w loży dla VIP-ów – zakończyłem wyliczankę.
Bazylek chwilę podumał, po czym rzekł:- Weź te po trzydzieści pięć. Co z tego, że daleko od sceny. Muzyka się liczy. A ta loża za droga. Stówę to można dać za Slayera…  


Tak jest.



Tyle wspominków.

I w ogóle The End.






darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków

DJ oraz Daddy zerwali się z łóżek skoro świt, czyli o 11.35. Po czym, ogarnąwszy się, udali się do lasu wariackiego, aby na ośnieżonej i skąpanej w słońcu polance odbyć trening, niezbędny przed wtorkowym egzaminem DJ-a na pomarańczowy pas. 

Na miejscu, przebrawszy się w kimono, DJ przećwiczył parę razy heian nidan po czym stwierdził, że najwyższy czas porzucać trochę Daddym. Jak pomyślał, tak też zrobił. Ale Daddy wcale nie wyglądał na niezadowolonego i nawet, przez parę chwil wydawało mu się, że jest w kwitnącej formie.
W pewnej chwili do naszych zawodników podeszła kobieta w czerni, która najpierw spytała, czy dojdzie tędy do Kruszyna, po czym, otrzymawszy na swoje pytanie wyczerpującą odpowiedź, stwierdziła, że miło popatrzeć na kadrę szykującą się do podboju świata. I dodała, że aż jej serce rośnie i dostaje dreszczy, gdy widzi zdolną, polską MŁODZIEŻ, która nie narzeka, tylko realizuje swoje cele, plany i ambicje.
I tego się trzymajmy.
Przedstawiam próbkę możliwości mojego nowego wiosła:


http://www.youtube.com/watch?v=mK4GRcpGto4

ZANIM OBEJRZYSZ:
1. Było kilka pomyłek, bo byłem zaspany, a straszną miałem chęć to nagrać.
2. Marynarka, bo to było po wigilii.
3. Tak cicho bo była 2.30.

Opowiem Wam o panu Nowaku, cudownym kandydacie  na prezydenta naszego małego „Sin-City”. Na początku zdawał się on być uczciwym i prawym człowiekiem. Był nawet  szefem sztabu WOŚP (do którego mam zaszczyt należeć) chciał podobno zrobić coś z rozrywką w mieście. Wszystko cudnie, pięknie. Aż nadeszły wybory, dostał nasz chłopek 11% głosów i tak się wpienił, że postanowił wyruszyć w podróż do Jeleniej Góry gdzie w swojej chwale i nieomylności potrącił strażnika miejskiego(www.jelonka.com/news,single,init,article,31142). Potem dowiadujemy się, że szanowny Bodzio N.  nagle przestał być szefem sztabu, choć wcześniej tak się zarzekał, że będzie pomagał, że to dla niego takie ważne i inne pitu- pitu. I tu nagle ZONK jakim cudem ten błyskotliwy człowiek stał się nagle takim ciu..m? Ano, tak oto, moi drodzy wygląda polityka w naszym kraju cukierków i wiecznego szczęścia…

Tak na rozluźnienie tematu mogę powiedzieć, że niedługo nadejdzie nowe wiosło. Epiphone G400 Vintage WC(tak, Daddy Cool też ma takie, tylko brązowe). Już się nie mogę doczekać.

it might get loud

4 komentarzy

G-310 Standard

darmowy hosting obrazków 

G-400 Vintage
darmowy hosting obrazków


  • RSS