face the slayer (by Daddy Cool)
2011-08-05 20:05:32
Historia naszego romansu ze Slayerem jest długa i barwna, nieprawdaż. Ale zacznijmy od końca. Na miejsce zbiórki przybyliśmy dwie godziny przed czasem. Mieliśmy być wcześniej, ale wystąpiły pewne perturbacje natury technicznej. A mianowicie na moście Cambie zerwał mnie się łańcuch od ścigacza. W związku z czym, w pierwszej kolejności zmuszeni byliśmy udać się do sklepiczku sieci Reckles, gdzie nabyliśmy nowy łańcuch i, założywszy go na właściwe miejsce, pomknęliśmy dalej...
Na Granville zastaliśmy już pokaźną kolejkę najdzikszych fanów, którzy w oczekiwaniu na Kerry'ego śpiewali, krzyczeli, growlowali i w ogóle dawali upust swojemu szczęściu oraz podniosłemu nastrojowi. Niebawem i my przyłączyliśmy się do wesołej gromadki. Przyznać w tym miejscu muszę (nie bez satysfakcji), że przypadkiem zyskałem niezwykły szacunek ludzi ulicy oraz respekt na dzielni. A było to tak, że po zjedzeniu slajsa pizzy i wypiciu puszki kokakoli udało mi się wybekać donośne Slaaaaaaaaaaaaaaayeeeeeeeeeeeeeer, czym się nadzwyczaj pięknie wkomponowałem w ogólną atmosferę i estetykę zgromadzenia.
A potem to już przyjechał Kerry, więc niespiesznie zaczęto nas czwórkami dopuszczać przed jego marsowe oblicze. Bardzo fajny koleś, spokojny, stonowany i grzeczny. Podpisywał wszystko, co mu tylko do podpisania podstawiano, czyli płyty, gitary, plakaty, kostki, plecy, klaty, tudzież inne części ciała. Ponadto, można było sobie wedle uznania zrobić z Kerrym jakiś krótki program artystyczny, czyli żółwika, albo uścisk na misia, albo wspólnego szatana, albo wspólne wypiąstkowanie. Koncert życzeń.
A oto zapis kilku najcenniejszych sekund ze spotkania na szczycie, które to magiczne chwile szczęśliwie udało mi się zatrzymać na kliszy:
Teraz z kolei pozwolę sobie sięgnąć do rodzinnych annałów, gdzie swego czasu, z myślą o potomności pomieszczałem rozmaite zapisy o charakterze kronikarsko - historycznym. Jadziem:
9 lipca 2005
Prawda w oczy
- Co sobie kupiłeś na urodziny? – zainteresował się Bazylek, gdy powróciłem z Doliny, gdzie mieści się miły sklepiczek o nazwie Müller (czyli Killer w wersji Bazylkowej).
- Kupiłem sobie DVD Still Reigning zespołu Slayer – odparłem zgodnie z faktami.
- Pooglądamy? – spytał Bazyliszek.
No więc poogladaliśmy.
Bazylek patrzył na ekran z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Ożywił się dopiero pod koniec półgodzinnego koncertu, kiedy to na muzyków polała się z sufitu czerwona farba.
- Jaaaa. Ale gleba – powiedział Bazylek. – Jak można robić taką tandetę? Tak świetnie czadowali i na koniec taki zbeszt. Przecież wyglądają, jakby wpadli do pomidorówki. Sorry, tato, ale stracili w moich oczach i uważam ich za skończonych wieśniaków.
- A więc może porozmawiamy o twoich fascynacjach muzycznych – odbiłem piłeczkę. – Bo ja nie wiedziałem, gdzie oczy podziać, gdy w killerze płaciłem za twój singiel Danzela. Mówić dalej? – spytałem prowokacyjnie.
- Mówić – buńczucznie odparł Bazylek.
- A więc kto słucha Crazy Frog? Kto słucha Akona? Kto mi kazał szukać w sklepie jakiegoś Arasha?
- Co? – zdziwił się Bazylek. – Bardzo fajna muza. Nie taki obciach, jak ci w pomidorówce...
Trzymajcie mnie.
1 sierpnia 2005
Raining Blood
- Zrobisz mi raining blood, tato? – spytał Bazylek wieczorową porą. – Strasznie jest gorąco.
Ależ oczywiście. Z przyjemnością. Zabawa w raining blood polega na tym, że Bazyliszek wchodzi do kabiny prysznicowej, kuca i czeka. Ja natomiast wydaję z siebie serię rozmaitych warkotów i jęków, po czym, w kulminacyjnym momencie charczę: raining blood from a lacerated sky, bleeding its horror, creating my structure, now I shall reign in blood...
I wtedy kieruję na moje dzieciątko prysznicową strugę, starając się nalać wodę do Bazylkowego nosa, ust, uszu oraz oczu. Bazylek broni się, śmieje i prycha. Ja zaś warkoczę i jęczę coraz bardziej.
W finale następuje solo perkusyjne na dwie stopy, Bazylek wyczołguje się z brodziku na zalaną podłogę, a techniczny rzuca mu ręcznik.
Koniec koncertu.
Światła.
Kurtyna.
Pyszna zabawa.
11 sierpnia 2006
Uznanie na Śląsku
Przed wyjazdem do Karwi, Bazylek zostawił mi kilka poleceń służbowych oraz zleceń o charakterze pilnym. Jednym z nich było zdobycie biletów na Tu Es Petrus. Bo z końcem sierpnia będzie tu stadionowe wykonanie.
Polecenie prawie wykonałem, a ponieważ ceny biletów trochę mnie zaniepokoiły, zadzwoniłem do Bazylka w celu społecznej konsultacji.
- Są bilety na koronie stadionu po trzydzieści pięć - zacząłem swoje sprawozdanie. - Z boku sceny po sześćdziesiąt i po stówie w loży dla VIP-ów - zakończyłem wyliczankę.
Bazylek chwilę podumał, po czym rzekł:- Weź te po trzydzieści pięć. Co z tego, że daleko od sceny. Muzyka się liczy. A ta loża za droga. Stówę to można dać za Slayera...
Tak jest.
Tyle wspominków.
I w ogóle The End.
skomentuj (2)